A nie mówiłem?

Nie dni, nie tygodnie, a długie miesiące trwa patowa sytuacja na terenie wschodniej Ukrainy. Od wielu miesięcy moje zdanie na temat tego konfliktu jest niezmienne. Dziś z gorzką satysfakcją mogę stwierdzić, że prezentowana przeze mnie diagnoza była i nadal jest trafna.

Zarówno w momencie gdy Rosjanie "demokratycznie" anektowali Krym, gdy następnie ich "zielone ludziki" przeniosły się do wschodnich regionów Ukrainy, aby tam "walczyć z faszyzmem", jak także teraz - po tragicznym zestrzeleniu samolotu malezyjskich linii lotniczych wskazywałem na konieczność solidarnego podejścia całej Europy do sytuacji.



Dostawało mi się często od niektórych koleżanek i kolegów z Lewicy, którzy wciąż nie mogą zerwać ze swoim zapatrzeniem w Rosję. Powtarzam więc: nie jest tak, że to polska rusofobia psuje nasze stosunki z Rosją. Rosja putinowska po prostu nie jest zainteresowana, aby utrzymywać dobre stosunki z Polską. Wynika to z jej doktryny polityki zagranicznej, którą konsekwentnie stara się wdrażać w regionie.

W pierwszym etapie konfliktu nie brakowało głosów - niejednokrotnie wpływowych polityków - dotyczących konieczności większej powściągliwości wobec całej sytuacji. Motywowano to interesami ekonomicznymi, niejednoznacznością sytuacji, w której rzekomo to Ukraińcy mieliby ponosić przynajmniej część odpowiedzialności, groźbą rozniesienia się konfliktu po Europie. Z tego typu zachowaniami mieliśmy do czynienia zarówno w Polsce, jak i na zachód od naszej granicy. Europa czekała, zwlekała, straszyła i napinała muskuły patrząc z boku na tragedie tysięcy mieszkańców Ukrainy.

Wielokrotnie w mediach ubolewałem na tym jak duża grupa niemieckich polityków zachowuje się wobec całej sytuacji. Jestem zaprzyjaźniony z częścią z nich. U naszych zachodnich sąsiadów goszczę bardzo często od lat, jednak na zachowanie Niemiec patrzę z dużym rozczarowaniem. Kluczowy w całej układance kraj pokazuje, że przynajmniej dla części polityków ludzkie tragedie i śmierć można przeliczyć na intratne kontrakty dla różnych gałęzi gospodarki. Tylko tak, w prostych, zdecydowanych słowach można wyjaśnić podejście do kolejnych testów jakie fundują nam "zielone ludziki".

Władimir Putin zręcznie przesuwa granicę sprawdzając jak daleko może się posunąć bez konieczności narażania się na większe konsekwencje ze strony Europy Zachodniej. Pewnie sam możliwością płynnego przesuwania tej granicy jest zaskoczony. Całkiem poważnie należy zadać sobie pytanie co musi się stać, aby Unia i NATO solidarnie przemówiły jednym głosem? Podczas gdy Stany Zjednoczone, Kanada i kilka innych krajów stosują realne sankcje i zbrodnie nazywają po imieniu my - Europejczycy wciąż czekamy, a Putin gra nam na nosie korzystając ze swojej sprawności politycznej.

Francja chce dobrze zarobić na sprzedaży okrętów wojennych „Mistral”. Tak nie może być. Jak długo Unia nie będzie mówiła jednym głosem, tak długo Ukraina będzie się wykrwawiała.

Problem Ukrainy to nie jest problem "ich". Nie jest też tak, że Ukrainą rządzą faszyści - to język rosyjskiej propagandy i każdy kto go używa powinien się wstydzić. Cywilizowani ludzie nie powinni używać retoryki związanej z karami historycznymi czy odpowiedzialnością za czyny przodków. Jeśli chodzi o argument dotyczący faszyzmu najlepiej zbija go statystyka. O wpływach ugrupowań faszyzujących na scenę polityczną naszych sąsiadów przekonały nas wyniki wyborów prezydenckich na Ukrainie. Kandydaci Swobody i Prawego Sektora zyskali w nich poparcie w granicach błędu statystycznego.

Jest jeszcze jeden, bardzo istotny dla nas samych wymiar konfliktu. Eurosceptycy, których symbolem od 25 maja w Polsce stał się Korwin-Mikke patrzą na całą sytuację i śmieją się euroentuzjastom w twarz. Sami brakiem zdecydowania dostarczamy im amunicji do antyeuropejskiej retoryki. Nieprzypadkowo duża część europejskich eurosceptyków z Putinem sympatyzuje.

Czy takiej Europy chcemy? Europy, w której Ukraina będzie zdestabilizowanym terenem należącym do rosyjskiej strefy wpływów . Nie chcę takiej Europy, bo nie o takiej Europie śniłem, nie o taką Europę walczę, nie chcę aby w takiej Europie żyły kolejne pokolenia. Nie chcę Europy strachu, marzę o Europie szacunku dla innych w wolności. Potrzebujemy więcej solidarności - nawet kosztem doraźnych strat ekonomicznych. Te straty mogą nam się opłacić.
Trwa ładowanie komentarzy...